A szczęście?

Najpierw była podstawówka i wtedy był angielski, balet, fortepian, karate. Potem wybierałeś najlepsze liceum. Potem przyszłościowy kierunek studiów na najlepszej uczelni. A potem przyszedł czas na pracę. Dobrą pracę. Z perspektywami i pensją powyżej średniej krajowej.

Wszyscy wokół Ciebie szli tą samą drogą. Drogą wyborów ku świetlanej przyszłości. Nie ważne –  lekarz, prawnik, ekonomista, programista czy psycholog. Ważne by „dało się z tego utrzymać”. Ważne by zapewniało „ścieżkę rozwoju”.

No właśnie, bo gdzieś po drodze doszło jeszcze magiczne słowo „samorozwój”. Samorozwój to już nie ukochany taniec, fotografia czy zbieranie znaczków. Z amatorskiego baletu zupy nie ugotujesz, klaserem unikatów nie wespniesz się wyżej po korpodrabinie. Samorozwój to siódmy język obcy, to siłka 6 razy w tygodniu, bo wtedy bardziej pro się wygląda w ołówkowej spódnicy czy taliowanej koszuli. To kolejne szkolenie na które wysyła pracodawca i kolejny wieczór, który spędzasz nie w objęciach Mroza czy Llosy, a w ramionach branżowych gazet lub raportów zabranych do domu, bo „nie zdążyłeś”.

Coraz częściej czujesz zmęczenie i rutynę. Nie samą pracą. Tym wszystkim. Tym, że musisz uważać z dietą i zapieprzać na bieżni żeby dobrze wyglądać. Tym, że musisz wiedzieć i mieć opinie, bo słabo wypadniesz na towarzyskich spotkaniach i służbowych koktajlach. Tym, że wakacje muszą być na Seszelach, a nie na działce pod Kartuzami. Tym, że zeszłoroczny oversizowy płaszcz wyszedł z mody i trzeba kupić nowy. Tym, że jak nie obejrzysz Gry o Tron, to nie będziesz miał o czym pogadać w służbowej kuchni. Tym, że przestałeś mieć czas dla siebie, a każda godzina nie wypełniona zajęciami jest zmarnowana. Tym, że musisz być najlepszy. Albo przynajmniej dobry. Wszystko jest dla Twojego dobra, nic nie jest dla Twojego szczęścia. Wszystko jest po coś, nic nie jest po nic. Wszystko musisz, nic nie możesz. Potem już nawet to, co miało być dla Twojego dobra, zaczęło Cię dobijać.

Wiele razy pytano mnie skąd w ostatnim czasie taki wysyp zaburzeń psychicznych. Skąd tyle nerwic, depresji, stanów lękowych. A w ogóle skąd tyle chorób cywilizacyjnych?

Z presji.

Od najmłodszych lat czujemy presję. Mało kto wybiera życiową drogę zgodną ze swoimi umiejętnościami i pasją. Życiowe wybory są mocno kalkulowane. Nie tylko przelicza się je na pieniądze, ale także na pozycję społeczną. Nie jest już tak bardzo ważne że jesteśmy w stanie być. Ważne jest też kim jesteśmy.

Nasi rodzice, którzy dorastali w czasach powojennych i czasach przełomów gospodarczych nie mieli takich możliwości jak my, więc nie mogli się realizować tak, jak by chcieli. Przerzucili te potrzeby na nas. Wielu rodziców nadrabia to, czego samo nie mogło pchając ku temu swoje dzieci.  Dążenie do magicznego „więcej” było naszą obowiązkową szczepionką i stało się czymś naturalnym. Z czasem zaczęliśmy wręcz ze sobą konkurować. Kto skończył lepszą uczelnie, kto zna więcej języków, kto ma bogatszego męża, ładniejszą żonę, lepszą pracę, kto wyciska więcej na klatę i kto ile schudł na najnowszej diecie-cud.

Media też dotrzymują nam kroku. Fotoszopowane modelki z reklam magicznych kremów, nierealne sześciopaki z męskich pism, szczęśliwi młodzi ludzie z Instagrama. Kolorowe pisemka szczujące z okładki tytułami „7 sposobów na efektywność”, „8 sposobów na podwyżkę”, „9 sposobów na bycie fit o każdej porze roku”. Presja to stres. Życie w ciągłym stresie to śmierć.

Z braku realnych problemów typu wojna, głód, bieda tworzymy sobie „problemy pierwszego świata”, które podstępnie zamykają nas w pułapce wiecznej pogoni za szczęściem.

A szczęście?

Jesteś wykształconym, obytym człowiekiem. Powiedz mi więc, czym jest dla Ciebie szczęście. Za czym właściwie gonisz? Czy jest to magiczne „więcej”? Jaki jest ten Twój wymarzony partner którego wciąż szukasz kończąc kolejne związki? W jaki sposób odpoczywasz? W jakiej pracy będziesz wreszcie szczęśliwy i spełniony i nie poczujesz wyrzutów sumienia idąc na urlop. Raz na 5 lat… Jak masz wyglądać żeby wreszcie stanąć przed lustrem i uśmiechnąć się do siebie? Wiesz? Jeśli wiesz, to super. Jeśli nie, to zanim zaczniesz się dalej zażynać, zastanów się czym jest dla Ciebie szczęście. I zacznij nim żyć.

„Największą mądrością człowieka jest umieć być szczęśliwym” Sebastian Olszański.

PODZIEL SIĘ:
Share on FacebookTweet about this on Twitter
  • Czytając pierwsze akapity myślałam sobie: rety, jakie mi to obce. W sensie wiem, że tak działa współczesny świat, ale wydaje mi się, że mam do tego odpowiedni dystans. Różnie z nim bywało, ale dzisiaj, rok po studiach, na początku „kariery”, większość sposobów ganiania za tym „więcej” jest mi obca, bo ani nie zapieprzam jak głupia na bieżni, ani z braniem wolnego nie mam problemu, ani nawet tej Gry o Tron nie oglądam (szok!).

    Ale potem uzmysławiam sobie, jak bardzo się mylę. Bo przecież codziennie użeram się z tym „więcej”. Codziennie, robiąc, to co lubię i tak jak lubię, zmagam się z myślami: robisz takie pitu pitu, a mogłabyś dostać dobrze płatną pracę w jakiejś większej firmie (korpo jednak odpada!) i bezpiecznie przetrwać kilka, może kilkanaście lat, aż do następnej takiej pracy. Wyrabiałabyś emeryturę zamiast płacić minimalny ZUS. Albo myślę sobie, że za kilka lat pożałuję pracy na własny rachunek, bo na pewno okaże się, że nie rozwinęłam się tak, jak mogłabym się rozwinąć gdybym miała nad sobą bat szefa.

    I tak żyję codziennie z tymi wyrzutami sumienia za to, że robię coś po swojemu, że wybrałam inną drogę niż wielu ludzi i że być może ta droga z perspektywy czasu okaże się mniej „opłacalna”. Ale dzisiaj jest mi dobrze. Jeśli ceną za to dobre samopoczucie i spokój są wyrzuty sumienia, jestem w stanie ją ponieść. Chyba.

  • Oj, nie powiedziałbym, że z presji choroby cywilizacyjne. Przyczyną jest nadmiar kalorii, zanieczyszczenie środowiska, brak „klasycznego” doboru naturalnego pod kątem selekcji zdrowszych osób. Poza tym całe spojrzenie na sprawę, choć miejscami wydaje się być słuszne, to ogólnie jest mocno populistyczne i zbyt uogólnione.

    • Paulina Majewska

      Ładnie powiedziałeś, piękne tradycyjne podejście, które pomija, że każdy stan emocjonalny, w tym przewlekły stres, ma swoje odbicie w fizjologii człowieka. I tak, nadmierna podaż kalorii, zanieczyszczenia środowiska i słabość genetyczna powodują choroby cywilizacyjne, ale część da się również wywołać właśnie przewlekłym stresem. Stan ten powoduje nadmierne wydzielanie kortyzolu, który wpływa na gospodarkę węglowodanową, powoduje insulinooporność i rozregulowuje układ odpornościowy. Przewlekle podwyższony kortyzol prowadzi do rozwoju cukrzycy typu 2, miażdżycy, otyłości typu brzusznego, zaburzeń psychicznych i chorób serca. Plus, zaostrza wszelkie choroby autoimmunologiczne, których jest coraz więcej.
      Mam nadzieję, że pomogłam.

  • Nigdzie się nie spieszę ani nie gonię. Wymarzoną partnerkę znalazłem 6 lat temu. Odpoczywam spotykając się z ludźmi o podobnych zainteresowaniach, grając w planszówki, karcianki i inne gry, oglądając jakąś nową produkcję na HBO czy Netflixie. Urlop rozkłada mi się w ciągu roku na kilkudniowe zrywy. To jakiś konwent, to tydzień kawalerski przyjaciela, to tydzień w Bieszczadach z jedyną. Mam już pracę w której czuję się „spełniony” i umyślnie nie stawiam się w pozycji gdzie odpowiedzialność by mnie zaczęła przytłaczać. Fizycznie nie mam do siebie żadnych zarzutów poza tym, że po Bieszczadach przestałem jeździć na rowerze do pracy (bo naciągnięte ścięgno Achillesa) i zaczynam powoli zauważać piątkowe piwo i pizzę na brzuchu.

    Rodzice wtopili biznesowo około 96′ i zostali z długami dlatego nie biorę kredytów powyżej 5k (i jak już to jeden, albo kilka mniejszych jeśli coś wypadnie) bo nie chcę pójść w ich ślady. Kumple z pracy to nie kumple a bardziej „koledzy”.

    Mediów Polskich nie konsumuję umyślnie, na Fejsika nie wchodzę bo to czysty rak. Trzymam dietę medialną dookoła swoich zainteresowań. Czasem jakiś gadżet mnie zaciekawi ale nie czuję palącej potrzeby posiadania najnowszego Maka i Epl Łacza by wyglądać hip na dzielni.

    W liceum kiblowałem jedą klasę bo woliłem chodzić do biblioteki i czytać fantastykę niż użerać się z klasą i nauczycielami. W następnym roku nowa pedagog wyciągnęła mnie z dołka (za co będę jej dośmiertnie wdzięczny). Do studiów podchodziłem trzykrotnie i za żadnym podejściem nie dobiłem do pełnego roku. W końcu zacząłem pracować zamiast sprawiać pozory „zdobywania papierka”.

    Samorozwój w moim przypadku to zdobywanie praktycznej wiedzy a nie Buzzfeedowe listy rad zebrane przez jakiegoś praktykanta w upadającej medialnej korpo. Soft skille to już zupełnie inna bajka bo pomimo bycia harcerzem przez 7 lat dalej miewam problemy z niektórymi typami ludzi.